MARCIN RZOŃCA: Wspomnienia po warszawskiej lewicy

Polityka Warszawska    2015-01-11 08:28:03

Przez ostatnie lata lewica w Warszawie nie była jeszcze w tak złej sytuacji jak dziś. Rozdrobniona, myśląca tylko o czubku własnego nosa, w perspektywie wyłącznie krótkoterminowej. Nie potrafi wyciągnąć żadnych konstruktywnych wniosków, a do tego wszystkiego, pozbawiona jest mandatów samorządowych – instrumentu władzy, kontroli i interwencji. Myśląc „Quo Vadis warszawska lewico?” wspominam jak było. Ostatnie lata dzielę na trzy segmenty – czas współrządzenia, czas quasi-opozycji i czas bezsensu. Ten ostatni to czas jednoczenia „bez”.

CZAS WSPÓŁRZĄDZENIA

Wydaje się, że w kadencji 2006-2010 po lewej stronie warszawskiej sceny politycznej był Sojusz Lewicy Demokratycznej i nic poza nim. Nawet jeśli ktokolwiek dorwał się do głosu z lewicową myślą na sztandarze, to były to głosy odosobnione, nikłe i ginące w samorządowym szumie. Mimo wszystko, to był dobry czas dla Warszawy. Po pierwsze, budżet pozwalał na dużo więcej niż dziś. Po drugie zaś , w większości dzielnic i w samej Radzie Miasta bez głosu lewicy nie można było rządzić. A jaki to był głos?

Pamiętam, że ówczesny Burmistrz Śródmieścia oraz jego polityczne środowisko z Platformy Obywatelskiej miewał różne pomysły. Nie ze wszystkimi byłem w stanie się zgodzić, nie wszystkie zyskiwały wtedy wsparcie radnych SLD – Przemysława Zająca, Grzegorza Walkiewicza, Roberta Stolarka czy Jerzego Budzyna. O każdej kontrowersyjnej sprawie, o każdym pomyśle, który mógł godzić w Mieszkańców Śródmieścia rozmawialiśmy. Spokojnie, konstruktywnie, efektywnie. Czasem ustępowała Platforma. Czasem my. Ale dzięki tej formie równoprawnej koalicji, w kadencji 2006-2010 Śródmieście rozwijało się dynamicznie, a rozwiązania nie do końca korzystne dla Mieszkańców były rozkładane w czasie lub całkowicie zarzucane. To przywołani radni lewicy walczyli o każdą złotówkę budżetu na inwestycje, nowe boiska, hale sportowe, place i skwery, to do mnie – wiceburmistrza z lewicy – koledzy z PO kierowali wiele spraw z gatunku „beznadziejnych”, w których wykazywać się należało nie tylko urzędniczą starannością, ale przez wszystkim wrażliwością i empatią. Co Wojciech Bartelski, Burmistrz Dzielnicy, zyskiwał w zamian? Lojalność i przewidywalność. Jeśli w oczach Radnego Walkiewicza widział błysk gniewu, wiedział, że proponowane przez niego rozwiązanie absolutnie nie przejdzie. Jeśli zaś umawialiśmy się na wspólne forsowanie jakiegoś trudnego rozwiązania, stawaliśmy za nim murem i przed Mieszkańcami, i na sesjach Rady Dzielnicy. Bo na tym polega koalicja. Na jawnej, otwartej, partnerskiej współpracy.

Wówczas mieliśmy więcej środków na kulturę, więcej sportu, więcej pomysłów prospołecznych. Zastopowanie pędu do korporacyjnego zarządzania Miastem, wiele zatrzymanych podwyżek i system podwyżek kroczących, konkursy profilowane dla lokali użytkowych, walka o małą przedsiębiorczość i usługi. Jakoś można było pogodzić lewicowy ogień z zimnem platformerskiej wody, a efektem tego wszystkiego były mandaty dla lewicy w kolejnych wyborach – w 2010 roku SLD w Śródmieściu utrzymało swój liczebny stan posiadania, a ja w wyborach do Rady Miasta zdobyłem 5111 głosów – „robiąc” trzeci wynik SLD w Warszawie.

CZAS QUASI-OPOZYCJI

Ku zdziwieniu wielu obserwatorów politycznych, PO w następnej kadencji umocniła się w stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz została Prezydentem na drugą kadencję, jej partia zdobyła samodzielną większość w Radzie Miasta i większości Rad Dzielnic. W Śródmieściu, z pięcioma mandatami, lewica była identyczną siłą co w poprzedniej kadencji. Co z tego, skoro PO miała samodzielną większość, a jedyne, co mogła zaproponować, to koalicję w stylu „kwiatek do kożucha”. Kilka SLD-owskich Dzielnic na to poszło, Śródmieście – nie. Stając się z dnia na dzień dość agresywną siła opozycyjną.

Ostatecznie, spora grupa działaczy SLD odeszła z tej partii – ja nie chciałem być „malowaną opozycją” (wtedy SLD współrządziło w kilku dzielnicach, utrzymało kilku działaczy na stanowiskach, choć oficjalnie nie było koalicją w Radzie Miasta i do niczego większości PO nie było potrzebne). Inne motywy pewnie kierowały pozostałymi kolegami – jednych wyrzucono, inni odeszli w proteście przeciwko niejasnej polityce finansowej, jeszcze inni stracili w ogóle motywację do działalności polityczno-samorządowej. Z naszym udziałem powstały potem struktury Ruchu Palikota (dziś Twojego Ruchu), głowę podniosły „ruchy miejskie”, ostro lansowani zaczęli być Zieloni, a Piotr Guział – mimo koalicji z PiS – przypomniał sobie lewicowe korzenie i starał się „okrakiem” siedzieć na tej prawicowo-lewicowej barykadzie. W ten sposób, zrobiło się tłoczno po lewej stronie. SLD wspominając dobre czasy rządzenia umiejscowiło się w quasi-opozycji. No bo z jednej strony próbowało kąsać, ale z drugiej czujnie wychodziło z sali głosowań przy ważnych rozwiązaniach. Z jednej strony, celnie ripostowało, z drugiej, kiedy aż się prosiło uderzyć, milczało. Nie wiem. Z braku umiejętności? Z troski o działaczy jeszcze żywionych przez Ratusz? Z pragmatyki i umiejętności przewidywania przyszłości?

Nadzieją na wspólny front i początek współpracy środowisk lewicowych było referendum o odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wtedy wydawało się, że może ta siła, która stanie za tym postulatem, wspólnie zawalczy o Warszawę bardzie społeczną, a mniej arogancką. Płonne nadzieje. SLD znów objawiło twarz quasi-opozycji i nie poparło oficjalnie idei referendum. Pozostali grali razem, ale jakoś tak osobno. W każdym razie, nieudanie. Potem Eurowybory i test SLD kontra Europa Plus. Niezdany i przez jednych, i przez drugich. Wreszcie wybory samorządowe 2014 i ponownie osobny start SLD, Twojego Ruchu pod szyldem KWW Andrzeja Rozenka, Zielonych, ruchów miejskich… Czym się skończyło – wiemy. Chciałoby się powiedzieć – było minęło – ale nie da się. Bo nadszedł kolejny, jeszcze gorszy czas.

CZAS BEZSENSU

Dzień po wyborach emocje opadły (albo powinny opaść). Lewicy w Mieście prawie nie ma. Wypadałoby wyciągnąć wnioski i kadrowe, i programowe. Zastanowić się wspólnie – czy lewica w Warszawie jest potrzebna? Czy ilość błędów, jakie popełniliśmy wspólnie przez ostatnie miesiące spowodowała tę katastrofę? Czy zawinili ludzie, metody komunikacji czy program? A może jego brak? Brak odpowiedzi na te fundamentalne pytania czyni ten czas czasem straconym.

Równocześnie jedni już się okopali na swoich przegranych pozycjach, inni na razie milczą, a jeszcze inni podnieśli krzyk – zjednoczmy warszawską lewicę, ale bez SLD i bez TR.

Bez sensu. Bigos bez kapusty. Zjednoczenia nie zaczyna się od słowa „bez”.

Marcin Rzońca

Były wiceburmistrz Śródmieścia i były Radny Warszawy 

 

ZOBACZ TAKŻE:

MARCIN RZOŃCA: Siedem grzechów głównych

 
 
Komentarze do artykułu
Najnowsze w serwisie
Ratusz
2017-08-18 18:54:47
Ponad siedem tysięcy złotych - tyle zapłacą stołeczni urzędnicy za "konsul...
Białołęka
2017-05-25 17:35:54
Już w najbliższą sobotę, z okazji Dnia Matki, odbędzie się Białołęcki B...
Ratusz
2017-05-23 06:17:21
Od 1 czerwca wejdzie w życie nowa taryfa biletowa ZTM. Spadną ceny biletów dw...
Rozmaitości
2017-05-19 06:29:31
Budynek przy plaży obok Stadionu Narodowego (Poniatówce) od czerwca znów będ...
Żoliborz
2017-05-13 17:24:10
W sobotę wreszcie odsłonięty został pomnik Rotmistrza Witolda Pileckiego. W ...
Ratusz
2017-05-12 15:32:28
Ratusz ogłosił w piątek, że od września przedszkola w Warszawie będą bezp...
Mozaika polityczna
2017-05-11 15:54:43
Czwartek przyniósł nowe fakty w sprawie reprywatyzacji. Centralne Biuro Antyko...
Ratusz
2017-05-09 19:56:17
Stowarzyszenie Republikanie opublikowało na swoich stronach Mapę Wydatków War...
Ratusz
2017-05-08 19:46:51
Władze Warszawy chcą zachęcić do udziału w tworzeniu miejskiej zieleni. Zap...
Mozaika polityczna
2017-04-10 17:54:32
Głośno dyskutowanym tematem w poniedziałkowej dyskusji o sprawach politycznyc...